czwartek, 9 sierpnia 2012

Zabiłam Zakwas Matkę

Zabiłam jąąąąąąąą!!!!!
Zabiłam pracowitą Zakwas Matkę!!!!!
Przypadkowo, oczywiście.
Już nigdy z niej nie odejmę!!!!!!
Już nigdy nie przykryją ją kołderką z gazy, żeby mogła smacznie drzemać w lodówce!!!!!
Już nigdy nie upiekę z niej chleba.


Pożegnanie z Zakwasem Matką


Żegnaj Zakwasie Matko!
Dziękuję Ci za ten rok spędzony ze mną.
Dziękuję Ci za chleby, które dzięki Tobie upiekłam.
Dziękuję Ci za to, że nie pokryłaś się pleśnią.
Na tydzień przed zgonem pracowałaś jak nigdy przedtem,
nie musiałam nawet dodawać do Ciebie
standardowej ilości świeżych drożdży
czyli nieśmiertelne 5 g.
Co spowodowało ten szalony przyrost?
Otóż zaczęłam Cię dokarmiać trzy razy
co 12 godzin.
Dopiero wtedy odżyłaś.
Teraz już wiem, że głodziłam Cię,
nie traktowałam należycie,
pozwalając żebyś głodna spała
przez tydzień w lodówce.
Ale Ty nadal byłaś dla mnie łaskawa.
Przepraszam, że nie wiedziałam
jak się traktuje Zakwas Matkę.
Przepraszam, że przez niedopatrzenie
pogrzebałam Cię na wieki
w cieście chlebowym.



Co się stało się?
Przygotowałam 400g zakwasu do Tatterowca w wielkiej misce, do której na drugi dzień miałam wrzucić resztę składników na chleb.
Oczywiście przed dodaniem wody, mąki i soli, miałam odjąć łyżkę albo dwie łyżki z zakwasu.
Zawsze tak robię i nigdy nie zapominam żeby gdzieś zutylizować zakwasik.
Ale tym razem zapomniałam o tym...
...i upiekłam cały mój zakwas w chlebie.
Dopiero na drugi dzień zorientowałam się, że nigdzie w zasięgu wzroku nie ma mojego słoika z zakwasem.
Czyżby?
Czyżby?!?!?!?
Tak, zabiłam zakwas.
A tak dobrze się sprawował ostatnio.
Ostatni chleb upieczony na nim wyszedł wyśmienicie.
Teraz będę musiała wyhodować żytni z zakwasu pszennego.
Stay tuned.

Przepyszny Tatterowiec, w którym siedzi Zakwas Matka 

niedziela, 5 sierpnia 2012

Porażencja miesiąca czyli chlebowe zakalce nacierają




Widmo zakalca znowu się nade mną unosi!
Tak naprawdę nigdy nie opuściło mnie na dobre - miałam ostatnio kilka spektakularnych porażek, ale były związane z ciastami.
Tego bloga założyłam z myślą o chwaleniu się zakalcami.
Niestety spoczęłam na laurach i dokumentowałam tylko sukcesy, przemilczając kulinarne katastrofy.
Już dawno nie przytrafił mi się żaden chlebowy zakalec. To była bezpieczna przystań, w której cumowała rozgrzana blacha z ciastem chlebowym i dzięki wyrośniętym bochnom mogłam lizać rany po nieudanych słodkich gniotach.
Byłam pewna, że nic złego nie może się zdarzyć moim chlebkom, a zakwas żytni pracował jak szalony i wyprodukował wspaniałego Tatterowca bez pomocy grama drożdży!
Niestety zakwas pszenny sprawił mi pewnego psikusa, o czym za chwilę...
Na razie zaprezentuję moje pierwsze chlebowe zakalce:


Pierwszy zakalec chlebowy
Pierwszy chlebowy zakalec zdarzył się bardzo, bardzo dawno temu! No dobrze, może kilka miesięcy temu. 
Był to przepis na chleb mleczny.
Zamiast pięknego, wyrośniętego bochenka wyjęłam z piekarnika podpłomyk. 
Jaki był mój błąd? 
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że chleb musi podwoić swoją objętość. Zapewne miałam młody, słaby zakwas, który nie dał rady podnieść ciasta. Nie miałam też cierpliwości żeby czekać, aż w końcu zakwas postanowi spulchnić ciasto.
Łudziłam się, że jeśli wstawię niewyrośnięty chleb, to w gorącym piecu magicznie wystrzeli w górę! 
Niestety, nic takiego się nie stało:

Podręcznikowy przykład chlebowego zakalca
Najśmieszniejsze było to, że z uporem maniaka piekłam ten placek, chociaż widziałam, że przez 40 minut nie powiększył swojej objętości. Do końca miałam nadzieję, że pod twardą skorupą znajdę chociaż pojedynczy kawałek upieczonego ciasta. To pokazuje jak bardzo byłam niedoświadczona i zdesperowana:P.
Teraz już wiem, że ciasto koniecznie musi podwoić swoją objętość (chociaż przy chlebach z przewagą mąki żytniej nie jest to regułą), bo inaczej wyjmę z piekarnika zakalec.

Rewanż
Kilka miesięcy później, kiedy zakwas nabrał już trochę mocy, ale nadal potrzebował wsparcia drożdży, pokusiłam się o powtórzenie tego chleba.
Za drugim razem trochę lepiej mi wyszedł.

Chleb mleczny, tym razem ładnie wyrośnięty

Piękny, wyrośnięty bochenek. Ufff... Odzyskałam reputację...


Pierwszy zakalec w chlebie drożdżowym
Rzadko piekę chleby na drożdżach, chyba, że są to jakieś szczególne chleby, np. ciabatta. Jest jednak pewien taki chleb, Hätäleipä się nazywa, którego główną zaletą jest to, że robi się go bardzo szybko. Czyli gdy chlebak świeci pustkami, wyciągamy drożdże i mniej więcej po 2 godzinach mamy bochenek na stole. Tak wygląda ten prosty, nieskomplikowany chleb (najlepiej zjeść go od razu, bo na drugi dzień nie jest już tak smaczny):

Chleb  Hätäleipä bez zakalca

Pewnego razu zaszalałam i podwoiłam składniki. Myślałam: "Po co się ograniczać? Mogę mieć dwa razy więcej tego wspaniałego chleba! Dwa razy więcej!!!". Niestety dziad był innego zdania:

Chleb Hätäleipä z podwójnej porcji i z zakalcem

Jeśli dobrze pamiętam, to ten chleb ma dość delikatną strukturę, nie dziwota więc, że jego podwojona masa rozpłaszczyła się na blaszce. W tym przypadku nie opłaciło się modyfikować przepisu. Widocznie receptura była przewidziana na jeden, malutki chlebek i tak ma być. Zakalec ususzyłam i podarowałam ptakom.


Wczorajsza porażka
Wczoraj piekłam ulubiony chleb Dorotus76.
Kilka miesięcy temu piekłam ten chleb dla kogoś i skończyło się to kompletną katastrofą. Piekłam dwa bochenki - jeden bez dodatku drożdży, a drugi z dodatkiem 5g drożdży świeżych. 
Myślałam, że poradzą sobie w 5-8h... ale nie, rosły znacznie dłużej! Musiałam w końcu wstawić je do piekarnika włączonego na 60C. Wyszły strasznie kwaśne, z twardą jak kamień skorupą (wynik długiego wyrastania). Myślałam, że klęska była spowodowana tym, że mój zakwas był jeszcze młodzieniaszkiem.

Wczorajsza próba niestety zakończyła się tak samo.
Ale przecież nic nie zapowiadało tej porażki!
No dobrze, może tylko to, że zakwas pszenny bardzo wolno zaczął bąbelkować i pracował bardzo krótko, tzn. bardzo szybko opadł.
Czyżby się powoli kończył?
Ale przecież dokarmiłam go trzy razy w odstępach 12-godzinnych!
Może błędem było zblenderowanie zaczynu (no co, takie grudy się zrobiły, że nie dałabym rady ich wymieszać):P?
Może wstawiłam chleb do za dużego koszyka i przegapiłam moment, w którym był gotowy do drogi? Mój koszyk jest przeznaczony na ok. kilogramowy chleb, a ten miał ok. 800g.
Nie wiem jaki był mój błąd, może ten chleb nie jest mi pisany.
Czeka mnie porządne odświeżenie pszennego zakwasu i monitorowanie jego poczynań. Może powinnam nastawić nowy, bo ten od początku nie sprawował się należycie?
Pozostała tylko dokumentacja:

Chleb po 6 godzinach wyrastania
Do chleba dodałam standardowo 5g świeżych drożdży, bo pomimo solidnego dokarmienia, zakwasik lenił się jak nigdy. Po 6 godzinach wyrastania chleb nieznacznie powiększył swoją objętość, popękał i nic nie zapowiadało żeby wypełnił cały koszyk. Tzw. próba palca wykazała, że chleb jeszcze nie jest gotowy do pieczenia. Zostawiłam go w spokoju na kilka godzin, ale kiedy nastała późna noc i nie widziałam żadnych spektakularnych zmian, wstawiłam go do zimnego piekarnika i poszłam spać.

Chleb po 16 godzinach wyrastania
Zaraz po przebudzeniu popędziłam sprawdzić jak wygląda mój chleb. Miałam nadzieję, że będzie pięknie wyrośnięty. Ależ byłam naiwna! Kulfon był taki jakim go zostawiłam i jeszcze postanowił się zapaść. Pomyślałam, że nie będę go wyrzucała do śmietnika, tylko upiekę i sprawdzę czy wyjdzie zakalec.


Zakalec to to nie był, w końcu trochę podrósł. Jednak 16h wyrastania w koszyku zrobiło swoje i chleb wyszedł bardzo kwaśny, miąższ był gumowaty i mokry, a skórka szara i twarda jak kamień. Na spodzie chleba odznaczają się piękne kratery. Bochenek jest niski i niewyrośnięty. 
Jaki, och jaki błąd popełniłam?
Wina może leżeć po stronie zakwasu (odświeżyć, odświeżyć i  na końcu jeszcze raz odświeżyć) albo za dużego koszyka rozrostowego albo jeszcze kilku niezidentyfikowanych błędów, które nałożyły się na siebie.
No cóż, z każdego zakalca płynie jakaś nauka:P


Niezjadliwy chleb został zakopany głęboko w ziemi.


Toteż, jak zwykle, życzę pysznych zakalcowatych chlebków!

czwartek, 2 sierpnia 2012

Pszenny biały chleb na zakwasie: ewolucje

Mój bazowy chleb biały na zakwasie.
Jego recepturę znam już na pamięć.
Dzięki temu, że przepis jest tak prosty, można sobie pozwolić na liczne modyfikacje.
Tak też czynię i zamieszczam "ewolucje" jakim podlegał ten chleb.


Chleb najprostszy
przepis Dana Leparda z książki "The Handmade Loaf" z procedurą zmodyfikowaną przez Tatter


- 200g białego zakwasu pszennego (zwykle stosuję hydrację 100%)
- 325g zimnej wody
- 500g białej pszennej mąki chlebowej
- 1 i 1/2 łyżeczki soli
- 1 i 1/2 łyżeczki sproszkowanego słodu (zastąpić miodem albo pominąć)

Zakwas wymieszać z wodą i słodem. Dodać mąkę i sól, wszystko dobrze połączyć. Wyrobić gładkie ciasto (które jest na tyle luźne, że najlepiej zastosować metodę Bertineta*).
Zostawić je do wyrośnięcia na 2 godziny, składając ciasto w tym czasie raz, po 1 godzinie.
Z gotowego ciasta uformować kulę, włożyć do okrągłego koszyka, złączeniami do góry i pozwolić chlebowi dobrze wyrosnąć (3-4 godziny) w temperaturze ok. 20°C. Bochenek naciąć i zsunąć z łopaty na kamień, piec z parą w 230°C przez ok. 50 minut.

* metoda Bertineta - świetna zabawa, ciasto lata po całej kuchni, naprawdę polecam! Filmik, który rozjaśnił mi na czym polega metoda Bertineta:



Ewolucje chleba najprostszego na przestrzeni wieków:
  • Chleb najprostszy rozpłaszczony jak naleśnik

325g wody na 500g mąki (zakładając, że zakwas był gęstości śmietany) to dość dużo, więc nie dziwota, że ciasto wychodzi bardzo luźne i trzeba się ratować metodą Bertineta podczas wyrabiania. Jeśli dodatkowo dodamy słabą mąkę (chlebowa mąka to taka, która zawiera minimum 11g białka oraz ma typ 750 albo 850), to w piekarniku chleb rozleje się jak naleśnik po patelni teflonowej.

  • Chleb najprostszy pieczony w foremce z bokami wysypanymi bułką tartą

Aby zapobiec rozpłaszczeniu wkładam ciasto do foremki wysmarowanej jakimś tłuszczem (masło/margaryna/olej) i obsypanej otrębami/mąką/czymkolwiek;) Decyzję, czy ciasto ma wyrastać w koszyku czy foremce, podejmuję po pierwszej fermentacji. Jeśli ciasto pomimo składania nadal się rozłazi na boki i widać, że jest "mokre", to bez zastanowienia wrzucam je do foremki. Nikt nie lubi "rozpłaszczaków":/
Tutaj mamy też nieudany eksperyment z wyściółką foremki. Keksówkę obsypałam bułką tartą, ale był to średni pomysł, bo smakowała tak sobie i była bardzo miękka, przez co z trudem kroiło się bochenek.

  • Chleb najprostszy pieczony w foremce z bokami wysypanymi mąką pszenną graham 1850

Tutaj kolejna ewolucja - boki wysypane mąką pszenną graham typ 1850. Przyznam, że nie jestem wielbicielką tego rodzaju mąki. Toleruję jedynie grahamki. Eksperyment uznałam więc za nieudany, bo ścianki chleba nikomu nie smakowały.

  • Chleb najprostszy pieczony w foremce z bokami wysypanymi mąką pszenną typ 550

I kolejny nieudany eksperyment. Boki chleba w ogóle nie chciały się zarumienić kiedy wysypałam je mąką pszenną białą. A niech je! Przez to chleb wygląda niezbyt apetycznie, jakby był niedopieczony.

  • Chleb najprostszy pieczony z parą buchającą z blachy piekarnikowej

W przepisie jest zaznaczone, że chleb należy piec z parą, żeby uzyskać chrupiącą skórkę. Dotychczas nie przejmowałam się tym, bo gimnastyka z blachą wypełnioną gorącą wodą nie należy do najprzyjemniejszych. Ale gdzieś w netku przeczytałam, że żeby wytworzyć naprawdę dużą ilość pary, należy wstawić blachę piekarnikową na dno piekarnika, na nią wlać wodę, następnie włożyć blachę z ciastem na kratkę ustawioną na środkowym poziomie. Tak też uczyniłam, ale mam mieszane uczucia po tym "parującym" eksperymencie.


Na początku wydawało  mi się, że to zły pomysł, bo blacha z wodą może zamienić się w izolatora ciepła. Niestety tak się rzeczywiście stało, ale chyba z mojej winy, bo nie zauważyłam kiedy woda wyparowała. Na dnie znajdowała się więc pusta blacha, która zabierała ciepło i to niestety odbiło się na spodzie chleba, który nie nabrał ładnego koloru. Pary rzeczywiście było dużo, szczególnie gdy włączyłam termoobieg, ale podobno nie można piec chlebów z termoobiegiem bo chleb się wysusza. Jednak skórka naprawdę wyszła bardzo chrupiąca i chleb z wierzchu miał ładny kolor. W przyszłości wypróbuję jeszcze tę metodę, ale po pół godzinie sprawdzę czy trzeba dolać wody.

AKTUALIZACJA: Okazało się, że popełniłam kardynalny błąd! Otóż piekłam z parą przez cały czas, a parę powinno się wypuścić po kilku minutach! Nie można jej zostawiać przez cały czas, tak jak ja robiłam. Czyli blachę z wodą również trzeba wyjąć. Nic dziwnego, że spód nie chciał się zarumienić.
Napisałam o tym w noteczce, w której zwierzam się ze swej głupoty. Noteczka nazywa się "Opary wiedzy".

  • Chleb najprostszy ze zredukowaną ilością wody (ok. 275g wody)

Miałam już dość rozpłaszczaków, więc postanowiłam, że zmodyfikuję ilość wody. Wcześniej wydawało mi się, że przepis jest idealny i nie mogę go zmienić, bo zbeszczeszczę coś co wyszło spod rąk mistrzów:P!!!
Ale znudziła mnie już ta receptura, więc chciałam sprawdzić co będzie jeśli zmniejszę ilość wody. Czy chleb będzie za suchy? Czy uda mi się uzyskać optymalną konsystencję? 
Postanowiłam, że najpierw dodam 250g wody i stopniowo będę dolewała jej więcej, jeśli będzie potrzebna. W trakcie wyrabiania okazało się, że 250g to całkiem dobry pomysł, ale tak na wszelki wypadek dolewałam jeszcze kropelka po kropelce, do momentu kiedy ciasto będzie miękkie, ale nie lepiące się przesadnie do rąk. Tutaj przydało się jednak doświadczenie zgromadzone przez rok mojej przygody z pieczeniem chleba. Na początku nie potrafiłam określić czy ciasto, które memłam ręcami jest już dobre i jaki chleb z tego wyjdzie. Teraz już mniej więcej wiem jaką konsystencję musi mieć ciasto, żeby nie rozlało się na blaszce, nie przyklejało się do koszyka rozrostowego itd.
Chleb nie rozpłaszczył się na blaszce, czyli eksperyment udał się, ale mimo to, nadal będę eksperymentowała z dodawaniem wody do ciasta. Co się stanie gdy dodam 300g? Czy wtedy mym oczom ukaże się rozpłaszczak? Cdn...

  • Chleb najprostszy ze zredukowaną ilością wody (ok. 300 wody) i maślanką
Kiedy dodałam do ciasta ok. 285g wody, chleb nie rozpłaszczył się na blaszce, ale miąższ pozostawiał wiele do życzenia. Brakowało mu elastyczności i delikatności.
Do następnego chleba postanowiłam dodać ok. 300g wody. Ponadto połowę wody zastąpiłam maślanką. Nadało mu to ciekawy, swojski posmak.
Moim oczom nie ukazał się rozpłaszczak! Pięknie wyrośnięty bochenek cieszył oko... ale nadal nie jestem zadowolona! Miąższ mógłby być bardziej mięciutki i sprężysty... Będę więc próbowała z 310g wody!



  • Chleb najprostszy, bliski ideału
Myślę, że ostatnia modyfikacja jest bliska ideału. Jeśli kolejne próby będą przynosiły takie same zadowalające rezultaty, to chyba jesteśmy w domu! O tym marzyłam od początku mojej przygody z chlebem.


Kosmetyczne zmiany polegały na dodaniu pół na pół maślanki i wody. 
Maślanki dodaję ok. 150g.
Nie pamiętam ile dokładnie dolewałam wody, ale na pewno było to 160g i dolewałam po "kropelce", w zależności od konsystencji ciasta i gęstości maślanki.
Możliwe, że w sumie maślanki i wody mogło być 325g, czyli tyle ile jest podane w przepisie, ale maślanka była gęsta i użyłam grubo zmielonej mąki, czyli mąki pszennej typ 750 o zawartości białka 12,5g.
Zakwas dokarmiony został 2-krotnie, ale i tak dorzuciłam do ciasta 5g świeżych drożdży. Chleb wyrastał ok. 3,5 h w temp. ok. 20 °C.

Kromeczka
Miąższ był miękki i sprężysty.
Bochenek miał trochę asymetryczny kształt, ale to można poprawić w następnych chlebach.
Jedynym chlebowym problemem, który jeszcze do końca nie rozwiązałam jest miękka skórka i kwestia pieczenia z parą.
Po wyjęciu chleba z piekarnika, skórka staje się miękka. Na pewno nie chrupiąca. W tym chlebie nie było z tą skórką tak źle, szczególnie w miejscu rozcięcia, co może sugerować, że powinnam zmienić materiał, którym wykładam koszyk (?). Teraz jest to jednorazowy ręcznik kuchenny (ehehehe), ale może nie przepuszcza on powietrza tak dobrze jak zwykła bawełniany kuchenny ręcznik? Trzeba to sprawdzić.
Pieczenie z parą wygląda u mnie tak, że wstawiam duże naczynie żaroodporne na dół piekarnika, wlewam tam gorącą wodę, włączam termoobieg na 15 minut, para bucha jak szalona. Gdy piekarnik się nagrzeje, włączam grzanie góra/dół (bo podobno chlebów nie powinno się piec z termoobiegiem) - pary jest wtedy mniej, nie bucha jak szalona lokomotywa, ale nadal jest. 
Spód chleba jest blady, muszę zawsze przewracać chleb do góry nogami i czekać, aż zarumieni się.
Nie wiem jak rozwiążę te problemiki, będę musiała jeszcze pokombinować i poszukać rozwiązania na netku.

    Spód chleba i moja metoda na parę w piekarniku.
AKTUALIZACJA: Już wiem dlaczego skórka mięknie po wyjęciu chleba z piekarnika. Moje oświecenie dotyczące metody naparowywania piekarnika opisałam w noteczce pt. "Opary wiedzy".

  • Chleb na zakwasie a miąższ ma jak drożdżowa buła
Będzie brutalnie!
Chyba nie powinnam być taka surowa dla chlebów:(
Powinnam celebrować każdą kromkę i trochę odpuścić, przecież domowe wypieki nie muszą być idealne.
Ale akurat ta cecha mnie bardzo denerwuje - kiedy piekę chleb na zakwasie, a po przekrojeniu okazuje się, że jego miąższ przypomina lekką, nadmuchaną drożdżową bułkę. Gdyby było to puszyste ciasto drożdżowe z kruszonką, to mogłabym mu wybaczyć, a właściwie takiej struktury spodziewałabym się po drożdżowym cieście. Ale nie po chlebie na zakwasie! Karrrambaaa!!!!!
Tym razem do białasa dodałam trochę maślanki i mąkę pszenną typ 550 o zawartości białka ok. 11g.
Moim oczom ukazała się drożdżowa buła.
Tak samo było kiedy upiekłam chleb mleczny.
Podejrzewam więc, że dodatek nabiału oraz drobno zmielona mąka powodują powstawanie takiej struktury miąższu.
Nigdy coś takiego nie zdarzyło mi się kiedy dodawałam maślankę i mąkę pszenną typ 750 o zawartości białka ok. 12g,
Oskarżam Cię mąko typ 550!
:P

Trudno jest uchwycić strukturę miąższu na zdjęciu. Może tutaj widać to o co mi chodzi:


Może się czepiam.
Może mi odbiło.
W końcu chleb wyglądał bardzo ładnie i smakował dobrze, pomimo, że preferuję bardziej mięsisty miąższ w chlebach:P.



  • Chleb najprostszy chrupiący jak nigdy
Nie wiem jak to się stało.
Na chlebowych stronach wyraźnie jest napisane, że jeśli chcemy uzyskać chrupiącą skórkę, to w piekarniku należy rozpylić parę.
Robiłam tak wiele razy, tzn. nie wytwarzałam pary zamieniając się w parowóz wjeżdżający do środka piekarnika, ale wstawiałam naczynie żaroodporne wypełnione gorącą wodą.
Wtedy uzyskiwałam co najwyżej twardą skórkę:P

Tym razem było jednak inaczej.
Nie chciało mi się bawić w gimnastykę akrobatyczną z ciężką foremką, więc piekłam bez pary.
I co się okazało?
Po wyjęciu chleba z piekarnika, skórka zaczęła wygrywać chrupiącą symfonię.
Miliony mikro-pęknięć.
Szszszszszsz.
Czczczczcz.
Zdarzało mi się już słyszeć ten odgłos, ale nie na taką skalę:P
Po odkrojeniu piętki, malutkie okruszki osypały się na deskę i już wiedziałam, że coś się święci.
Skosztowałam kromeczkę i nie mogłam uwierzyć własnemu podniebieniu.
Chrupiąca skórka! Jak nigdy!


Ale jakim cudem?
Podejrzenia padają na piekarnik.
Tamtego dnia ostro pracował, nie miał chwili wytchnienia.
Najpierw upiekł dwie pizze, później jeszcze biszkopt.
Może to miało wpływ?
Muszę sprawdzić następnym razem czyli upiec coś przed włożeniem chleba do pieca.
Może istnieje taka zasada jak z naleśnikami, czyli należy maksymalnie rozgrzać patelnię przed smażeniem, ale pierwszy egzemplarz i tak nigdy nie jest idealny.
Z rozgrzewaniem piekarnika może być tak samo. Rozgrzany do czerwoności piec da lepszy wypiek niż piekarnik rozgrzany tylko przez 15-20 minut przed pieczeniem (tak zwykle robię).
Zobaczymy. Poeksperymentujemy. Albo doczytamy na forum Fresh Loaf:P.



  • Chleb wyrastał w koszyku i się do niego przykleił
Ten chleb nie należy do klejących, więc zaryzykowałam i wsadziłam go do koszyka nie wyłożonego ściereczką. No i stała się katastrofa! Wydawało mi się, że porządnie obsypałam koszyk, ale myliłam się. Cóż to był za horror! Kiedy już zdołałam go wyszarpać, chleb był w opłakanym stanie, o bochenku wysokim do nieba nie mogło być mowy. Ale przynajmniej miał rustykalny wygląd, nie:P?









  • Chleb znowu się rozpłaszczył
Do chleba dodałam pół łyżeczki drożdży instant i... chleb rósł i rósł i rósł i jakoś nie chciał wyrosnąć. Kiedy go wyrzuciłam na blachę, rozlał się na wszystkie strony i stał się rozpłaszczakiem. Czyżby drożdże, których użyłam, były jakieś nie ten teges? Ale to przecież nie na drożdżach miał się opierać jego fundament. Zakwas powinien dać sobie z nim radę! No cóż, widocznie Zakwasik nie czuł się wtedy najlepiej... na szczęście przeszło mu i znowu zaczął produkować jako takie chleby.







Życzę przepysznych zakwasowych zakalczyków!