Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zakalec. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zakalec. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 października 2015

Szarlotka ciapatka

Znowu w życiu mi nie wyszło!
A konkretnie szarlotka orzechowa.
To znaczy z szarlotki zrobił się crumble.
Naładowałam musu jabłkowego, ciepnęłam do tortownicy 22 cm zamiast do takiej o średnicy 24 cm, spodu nie podpiekłam i zrobiła się ciapatka.

Tola z Bagien myślała, że to będzie cywilizowane ciasto, które bez najmniejszego problemu będzie mogła przetransportować na ozdobną paterę.
O jakże się pomyliła!
Ciapatka wypłynęła ze szczelnych zabezpieczeń i przelała się Toli przez palce.
Z kuchni dało się słyszeć przeraźliwe okrzyki "Ratunku! Ratunku! To pływa!".

Ale spokojnie, jako doświadczony zakalcorób wiedziałam jak potraktować ciapatkę (czyt. do nakładania ciasta podałam łyżkę).
Nieodzownym elementem serwowania nieudanego ciasta jest jakiś trunek. Bez tego się nie obejdzie.
Trzeba również zadbać o dobrą atmosferę, czyli udawanie, że "nic się nie stało!", "tak przecież miało być!", "o, zobaczcie, tam przelatuje orzeł bielik!".
Kiedy uwaga zostanie rozproszona, trzeba szybko podać gorące ciasto.
Ale miejcie się na baczności, ten trik działa tylko w sezonie jesienno-zimowym, kiedy ciepły posiłek pieści wyziębione podniebienie i nie dba się o jego smak i jakość, chodzi tylko o to by coś ciepłego do gęby włożyć.
Jeśli wszystko dobrze pójdzie to ciapatka zostanie zjedzona w 50% i nikt się nie skapnie, że przed chwilą skonsumował katastrofę sztuki cukierniczej.

Jak coś zostanie z ciapatki to proponuję przełożyć ją do talerzyka i nikomu nie pokazywać, bo to coś wygląda co najmniej nieciekawie (ale smakuje całkiem dobrze).
Jeśli ktoś będzie głodny to nawet taką bezkształtną breję zje.

Ależ apetyczne, nieprawdaż?

czwartek, 26 czerwca 2014

Zakalec w makowcu

Makowiec z przepisu Doroty piekę w każde Święta.
To już tradycja;).
Jeszcze nie zdradziłam go z żadnym innym, bo i po co?
Dużo masy makowej, do której dodaję więcej orzechów niż rodzynków.
Ciasto jest bardzo delikatne i puszyste.

Wydawało mi się, że pieczenie makowej strucli mam już obcykane, aż tu nagle, pewnego lutowego dnia, w makowcu pojawił się... ZAKALEC!
Zmoro ma, nawet do mojego popisowego ciasta musiałeś się wkraść?
Zatrzęsły mi się majty, bo przecież miała to być próba generalna przed świętami wielkanocnymi.
Rzućmy okiem na to dziwne zjawisko:


Co mogło być przyczyną zakalca?
O ile dobrze pamiętam, bo już trochę czasu minęło od tego zdarzenia, niedokładnie odsączyłam mak.
Później zapewne dodałam za dużo piany z białek, która w dodatku mogła być przebita, bo często mi się to zdarza:P.
No i masa się troszeczkę rozwodniła:P.

Ale mogły być też różne inne przyczyny. Nieświeże drożdże? Może ciasto powinno dłużej wyrastać przed wstawieniem do piekarnika? Gniew Bogów?
Trudno gdybać, na szczęście taka zakalcowata katastrofa już mi się w makowcu nie przytrafiła.

Dla porównania zaprezentuję inne moje makowczyki:

Pierwszy makowiec

Któryś tam z kolei makowiec

Zdjęcie wykonane tosterem


W towarzystwie sernika Toli z Bagien i piernika staropolskiego


Życzę miłych zakalczyków w maku!

środa, 26 lutego 2014

Małpie figle z małpim chlebkiem na zakwasie

Motywem przewodnim lutowego wydania Sourdough Surprises były ciasta i chlebki do odrywania. Przykładem takiego wypieku jest małpi chlebek.
Składa się on z mnóstwa małych kuleczek ciasta, które najpierw są zanurzane w maśle, a później obtaczane w cynamonie, bądź innych przyprawach lub dodatkach. Jakby tego jeszcze było mało, upieczony chlebek można polać słodkim syropem. Czyli jest bardzo słodko, lepko i kończy się na tym, że wszyscy mają brudne paluchy, bo nie da się jeść tego ciasta inaczej niż rękami. Czyżby stąd wzięła się jego nazwa?
Nigdy jeszcze nie piekłam tego ciasta, więc pomyślałam, że to idealna okazja.
To było również moje pierwsze podejście do słodkiego ciasta na zakwasie.
Chciałam się popisać kreatywnością i wymyśliłam, że kulki obtoczę w chałwie i tahini.
Nadzienie zgapiłam z przepysznego ciasta drożdżowego z chałwą i tahini.
Byłam naprawdę dumna z tego wypieku, chlebek pięknie wyrósł i pachniał wspaniale.
Jednak kiedy go spróbowałam...
... okazało się, że upiekłam najohydniejsze ciasto wszechświata!
Moja w tym wina, bo chlebek zdecydowanie za długo wyrastał.
Nadzienie z chałwy i tahini, które idealnie pasowało do słodkiego drożdżowego ciasta, zupełnie nie zgrało się z kwaśnym jak cholera ciastem na zakwasie.
Domownikom nie przypadł do gustu ani smak, ani idea lepiących się kulek, które trzeba było odrywać od chlebka.
Jednym słowem - porażka!
Nie zdecydowałam się na zaprezentowanie mojego tworu na liście Sourdough Surprises, bo naprawdę nie ma się czym chwalić.
Jednak nie mogę zawieść wiernych fanów zakalcowatych wypieków, zatem pozwólcie, że opowiem Wam historię najokropniejszego małpiego chlebka, jaki kiedykolwiek ujrzał światło dzienne:



Jak przygotowałam recepturę na małpi chlebek:
Inspirację wzięłam ze strony Sour Salty Bitter Sweet. Składniki były podane w "cups", a mnie nie za bardzo chciało się konwertować na gramy, więc zaczęłam improwizować. Użyłam 285 g białego pszennego zakwasu, 5 g świeżych drożdży, 40 g cukru, 340 g mąki, 100 g mleka, 1 małe jajko, 1/4 łyżeczkę soli i 40 g masła.
Jak widać, stosunek zakwasu do mąki jest dość znaczny. Ciasto wyrastało 4 h w wyłączonym piekarniku. Chyba troszeczkę za długo, ale zagapiłam się. Ups.
Muszę również wspomnieć, że specjalnie z okazji pieczenia małpiego chlebka, powołałam do życia zakwas pszenny. Pędziłam go przez 3 dni na mące typ 500 o nieznanej zawartości białka. Zakwas nie był zbyt ruchliwy i również w tym doszukuję się źródła mojego niepowodzenia.

Formowanie małpiego chlebka:
Ciasto rozwałkowałam na duży prostokąt i podzieliłam na paski. Każdy pasek dzieliłam na kilka części i z nich formowałam małe kulki:





Kulki obtaczałam w maśle, następnie próbowałam rozsmarować na nich tahini. To było trochę trudne, bo moja pasta tahini była raczej gęsta. Później obtaczałam taką kulkę w pokruszonej chałwie.
To była brudna robótka, nie da się ukryć.

Kulki układałam w formie na babkę, wysmarowanej margaryną i obsypanej mąką pszenną:

Ciasto przed wyrastaniem

Foremkę przykryłam ręcznikiem i czekałam, aż ciasto podwoi swoją objętość. Zajęło mu to ok. 3 h w temperaturze 19 st. C.

Ciasto po podwojeniu objętości

Małpi chlebek piekłam przez ok. 45 minut w temperaturze 180 st. C.

Upieczone ciasto

Tak wyglądało w środku:


Niestety, jak już wspominałam, smak pozostawiał wiele do życzenia.


Przemiana małpiego chlebka w bajaderki:
Bardzo było mi szkoda tak luksusowych składników jak chałwa i pasta tahini. Pomyślałam, że pokruszę nieudane ciasto i zrobię z niego bajaderki. Bajaderki to takie trufle dla ubogich. Ich głównym składnikiem są zakalce. Aż dziw bierze, że taki doświadczony zakalcorób jak ja, dopiero teraz zdecydował się na przyrządzenie tego rarytasu.
Do bajaderek dodałam czekolady, kakao i dżemu (nie pamiętam jakiego). Miałam nadzieję, że te składniki będą w stanie stłumić kwaśny smak ciasta. Niestety bajaderki okazały się kolejnym niewypałem. Smakowały wprost okropnie.

Zakalczyki kuszą...

Ostateczny rozrachunek z małpim chlebkiem:
Niestety nie było już ratunku dla tego ciasta. Zakopałam je w ogródku. Mam nadzieję, że nie zabiłam dżdżownic.

Żegnaj małpi chlebku!

Chlip, chlip, do zobaczenia małpi chlebku!
Ale nie rozpaczam, o nie!
Przecież jutro przyjdzie nowy dzień, obdaruje mnie zakalcem i znowu napiszę o tym noteczkę!
Piekarnik już rozgrzany, nadeszła więc pora na kolejną przygodę z zakalcami!


Życzę przepysznych małpich chlebków na zakalcowatym zakwasie!!!

wtorek, 10 grudnia 2013

Babka zakalcowa


"Ty po prostu sama sabotujesz ciasta, bo masz bloga z zakalcami.

Twoja podświadomość każe Ci je piec."

Tola z Bagien 

Klątwa zakalca znowu została na mnie rzucona.
Nie minęło kilka dni od noteczki, w której na siłę wciskałam niemrawe przykłady nieudanych ciast, a tu taki wzorcowy zakalcuch wyskoczył z komina (okrągła forma na babkę z kominem).
Nadęta jak Rysiu z Klanu, napuszona niczym baba drożdżowa, śmiałam się zakalcom w twarz, przeświadczona, że przekleństwo zostało ze mnie zdjęte i już nigdy nie wyjmę zbitego gniota z foremki.
Nie przeczuwałam, że za rogiem piekarnika czyha na mnie zakalec z prawdziwego zdarzenia.
Niestety mam już zboczenie zawodowe, które nie pozwala bezczynnie rozpaczać nad nieudanym ciastem. Czujna, zwarta i gotowa powitałam nowy dzień, chwyciłam w ręce komóreczkę i nacykałam słodkich foci zakalczykowi.
Gnieciuch dumnie prężył się na białym tle, szczęśliwy, że niedługo cały świat ujrzy go na moim wspaniałym blodżku.
Zakalcu, Tobie dedykuję tę notkę.


Babka piernikowa
Przepis z Moich Wypieków


Składniki::
2/3 szklanki cukru
pół szklanki mleka
pół szklanki miodu
125 g masła lub margaryny
3 łyżeczki kawy rozpuszczalnej (w granulkach)
1 szklanka zmielonych orzechów (włoskich, laskowych)
1 szklanka mąki pszennej
1,5 łyżeczki sody oczyszczonej
2 łyżki przyprawy korzennej do piernika
3 jajka, oddzielnie białka i żółtka

Wszystkie składniki powinny być w temperaturze pokojowej. Mąkę pszenną, orzechy, sodę i przyprawy - przesiać, odłożyć.

Cukier, mleko, miód, masło, kawę umieścić w garnuszku, zagotować, mieszając, aż do rozpuszczenia się składników i dokładnego połączenia. Po wystudzeniu dodać orzechy, mąkę, sodę, przyprawę korzenną i wymieszać do połączenia. Dodawać po jednym żółtku, krótko miksując.

Białka ubić na sztywną masę, połączyć delikatnie z masą ciastową.

Ciasto wyłożyć do formy wysmarowanej masłem i oprószonej mąką pszenną o wymiarach 22 - 23 cm z kominkiem.

Piec około 50 - 60 minut w temperaturze 170ºC, do tzw. suchego patyczka.




Detektor zakalcuchów:
Wymienię potencjalne błędy, które mogły spowodować powstanie zakalcucha:

  1. Zamieniłam sodę na proszek do pieczenia. Dodałam 2 łyżeczki proszku. Może za mało?
  2. Szklankę orzechów zamieniłam na szklankę mąki. Czyli dodałam do ciasta 340 g mąki. Ciasto było bardzo gęste, mój mikser ledwo zipał. Może należało dodać trochę mniej mąki?
  3. Piana była jakaś nie ten teges, podchodziła wodą, poza tym ciepałam ją niezbyt delikatnie z resztą ciasta.
  4. Piekłam w temp. 160st C z termoobiegiem przez 40 minut. Zanurzona pałka była sucha, więc wyjęłam babę z piekarnika, myśląc, iż już czas na nią.
Po wyjęciu z piekarnika, baba oklapła.
Łudziłam się, że to tylko drobne opadnięcie i ciasto po rozkrojeniu będzie co najwyżej lekko zakalcowate.
To co ukazało się mym oczętom, przerosło wszelkie oczekiwania.
Zakalec nie wdarł się na całą połać babki, więc ta bardziej wypieczona część została obskubana i zjedzona.
Jednak zachwytów nie było.
Zacytuję Babucię: "Mlask, mlask, zjeść, to sie zje, ale w smaku żadna rewelacja".




Życzę minimalnych zakalców w babach.

sobota, 30 listopada 2013

Wszystkie zakalce minionego lata

Tola z Bagien, czyli moja siostra, zauważyła, że ostatnio oddaliłam się od tematyki bloga.
Gdzie są te obiecywane zakalce?
Gigantycznych zakalców może i nie ma, bo już nie wrzucam do ciasta produktów prosto z lodówki i zrozumiałam jak ważne jest precyzyjne odmierzanie składników. Na początku swej drogi z pieczeniem ciast, myślałam, że jak w przepisie jest napisane "łyżka", to mogę użyć dowolnej łyżki, jaką akurat mam pod ręką. Nie wiedziałam, że łyżka powinna mieć pojemność 15 ml. A jeśli ktoś napisał "łyżeczka", to sądziłam, że po prostu lubi zdrobnienia. Tak, taka byłam yntelygentna.
Przyznaję Toli rację. Jeśli ostatnio przytrafiały mi się jakieś kulinarne porażki, to starałam się je przemilczać i uznawałam, że nie będę zaśmiecała internetowego krajobrazu.
Postanowiłam jednak na prośbę Toli powrócić do źródeł i podzielić się wszystkimi zakalcami minionego lata. Nawet minionej wiosny. Nie zabraknie też najnowszych pomyłek, które dopiero co wyszły z piekarnika.
Nie będą to może zakalce z prawdziwego zdarzenia, w większości będą to po prostu nieudane wypieki.
Biorę za te wszystkie kulfony stuprocentową odpowiedzialność!
Nie pokazuję ich by ośmieszyć autorów przepisów, ale by zastanowić się co mogło pójść nie tak i tymi przemyśleniami podzielić się z kolejnymi pokoleniami zakalcorobów.
Hir łi goł egen jak zaśpiewałaby Mandaryna:


Rolada cytrynowa z lemon curd
Jakie było moje zdziwienie kiedy dumnie postawiłam tacę z deserem na stole i zamiast achów i ochów jako pierwsze padło pytanie: "Czy to szczupak?".
Rzeczywiście, rolady chyba są bardziej pękate. Moja była chuda i podłużna. To wszystko dlatego, że biszkopt piekłam na dużej blasze piekarnikowej, która jest bardziej kwadratowa niż prostokątna. Nie było więc mowy o zawijaniu wzdłuż krótkiego boku, jak radzi przepis, bo oba boki były równe:P.
Biszkopt nie wyrósł jakoś spektakularnie. Podczas odlepiania biszkoptu od papieru do pieczenia, wydarzyła się tragedia - biszkopt postanowił przykleić się do papieru. Zamiast puszystego biszkoptu uzyskałam cienki dywanik zmaltretowanego ciasta. Płakusiałam cichutko w kąciku, ale postanowiłam, że się nie poddam i zrobię roladę z tego co mam. Drugim błędem było zbyt intensywne nasączenie biszkoptu. Myślałam, że obfite naponczowanie uratuje smak rolady, ale przeliczyłam się. Rolada bardzo szybko zaczęła pływać w swoim własnym soku, niczym szczupak w cytrynowej rzece. Ciasto udekorowałam malinami i truskawkami. Trzeba przyznać, że porównanie ze szczupakiem było dość trafne, gdy spojrzy się na truskawki ułożone na kształt płetw. Smakowała całkiem dobrze, pomimo tylu błędów i wypaczeń:P.



"Szczupak"


Vaniljbullar - szwedzkie bułeczki waniliowe
Zamiast zgrabnych szwedzkich bułeczek z piekarnika zionęły umorusane kulfony. Powstała zupa bułeczkowa, bo oprócz kremu, wciepałam do nich jeszcze dżem wiśniowy. Chyba niezbyt dobrze uformowałam buły i nadzienie wypłynęło na wszystkie strony. Nie wspominając o tym, że w niektórych bułeczkach, z których krem waniliowy nie wypłynął na wierzch, nie było go w ogóle widać gołym okiem:P. Widocznie został wchłonięty przez ciasto.

  



Skrzywione bananowe muffiny
Muffinkowa wersja bananowego chlebka. Włączyłam termoobieg i muffinki wykrzywiły się na bok.
Wyglądało to trochę śmiesznie.



Tarta z jabłkami w kształcie róż
Na Pintereście przewijało się zdjęcie tarty z jabłkami w kształcie róż, więc oczywiście zapragnęłam zrobić taką samą. Niestety z układania słodkich różyczek nic nie wyszło, bo okazało się, że moje jabłka są zbyt kruche i łamliwe. Ponieważ ciasto kruche i budyń czekały na wstawienie do piekarnika, musiałam szybko coś wymyślić. Powstała róża, ale leżąca, żadne tam 3D.
Jednak największą niespodziankę sprawił mi budyń. Na gorącą tartę rzuciły się głodomory. Niestety okazało się, że nadzienie muszą wyjadać łyżeczką, a nie widelczykiem, bo było zupełnie płynne. Jakiż to błąd popełniłam? Muszę przyznać, że jabłka polałam sokiem z cytryny, bo wydawały mi się za słodkie w połączeniu z kruchym ciastem i mdłym budyniem. Być może to rozrzedziło masę? A może po ptrostu należało odczekać, aż krem stężeje? Nie wiem, zupka budyniowa szybko została skonsumowana.




Babeczki z białek bez cholesterolu
Znudziły mi się bezy, więc musiałam znaleźć nowe zastosowanie dla białek. Wybór padł na babeczki na białkach. Niestety takich okropnych babeczek jeszcze w życiu nie jadłam. Konsystencja była gumowata, a smak pozostawiał wiele do życzenia. Widocznie nie dla mnie dieta bez cholesterolu:(.
Musiałam je rozdrobnić i wyrzucić na pożarcie Matce Naturze.




Tarta z rabarbarem
Kolejna tarta, które mi nie wyszła. Tym razem podejrzewam, że rabarbar puścił sok i przez to masa wyglądała zakalcowato.




Drożdżowy odrywaniec z jabłkami
Drożdżowe odrywańce, które widziałam w netku, wyglądały bardzo schludnie i apetycznie. Jednak taka fajtłapa jak ja z trudem żonglowała kolejnymi płatami ciasta. Na swoje usprawiedliwienie powiem, że rzadkie i lepkie jabłkowe nadzienie skutecznie utrudniało pracę. Z piekarnika wyleciało jakieś rozczochrane monstrum. Smaczne, a i owszem, więc może jak zwykle jestem zbyt surowa dla moich biednych zakalczyków? :(

Wieżyczka z płatów ciasta i musu jabłkowego
Ciasto w keksówce
Krajobraz po bitwie

Drożdżowe bułeczki z twarogiem i orzechami włoskimi
Na koniec zaprezentuję wypiek, który nie był zakalcem, wszystko było z nim w porządku pod względem technicznym, ale... Pokładałam wielkie nadzieje w tych bułeczkach, bo wydawało mi się, że połączenie orzechów włoskich i twarogu może być bardzo dobre. Niestety przeliczyłam się i bułeczki jakoś nikomu nie zasmakowały. Ciasto drożdżowe, które samo w sobie jest neutralne w smaku, potrzebuje bardziej wyrazistych dodatków. Posiekane orzechy włoskie okazały się zbyt wytrawne i cała kompozycja nie za bardzo przypadła mi do gustu, nawet po solidnym polukrowaniu. Ale może bułeczki znajdą swoich zwolenników? Podaję źródło przepisu, jeśli ktoś chciałby wypróbować (uwaga, po hiszpańsku, więc w razie potrzeby uruchom gógla translatora:P).


Krok po kroku a za rok będziemy w Maroku


Polecam inne moje zakalce:




Życzę kultowych zakalców!

poniedziałek, 25 marca 2013

Sernik, który rozpłynął się na talerzu zanim zdążył rozpłynąć się w ustach


Chciałabym Wam zaśpiewać balladę 
o serniku, który pływał.
Gdy go zapragnęłam zjeść
on powiedział cześć
i z widelca spłynął.
Chwyciłam go szczypcami,
ale on partiami
z uścisku się wywinął.
Wyjęłam w końcu
z kredensu miseczkę
i zjadłam jako zupeczkę.


Sernik rozpływający się
w oryginale Sernik cytrynowy na mleku skondensowanym, z kremem cytrynowym (lemon curd)




Detektor zakalcuchów:
Prawdopodobne przyczyny rozpłynięcia:
- wodnisty twaróg w kubełku (Tesco Quality, Robert M. poleca, ja nie polecam)
- zamiast mleka skondensowanego SŁODZONEGO dodałam NIESŁODZONE. Słodzone podobno jest bardziej gęste. Jednak zagapiłam się - w kajeciku nie zanotowałam dokładnie jaki to ma być rodzaj mleka. W tesko zresztą nie było słodzonego, więc musiałabym zrezygnować z pieczenia sernika. Dopiero w domu wczytałam się w przepis w internętku i zauważyłam mą pomyłkę. Zadecydowałam, że jednak zaryzykuję i upiekę z niesłodzonym. No i wyszła zupa sernikowa.

Werdykt:
Tego zakalca nie uratował nawet pyszny lemon curd na wierzchu.


Życzę miłych zakalców w cytrynie!!!

niedziela, 24 marca 2013

Focaccia zakalaccia i nigdy niekończące się opakowanie drożdży

Czyżby nowy post z serii "Podróże z zakalcami"?
Nie, nie martwcie się, dzisiaj nie zamierzam kolejny raz profanować kulinarnej spuścizny cudzoziemców.
Tak, mam dzisiaj inną misję.
Zajmę się bowiem zjawiskiem, które zastanawia mnie od bardzo dawna.
Otóż...
... dlaczego kostka świeżych drożdży ma 100 g?
Dlaczego nie 50 g?
Dlaczego nie 68 g?
Już 60 g bym zdzierżyła, ale 100 g ciężko mi upchnąć.
Bo przecież świeże drożdże mają krótki termin ważności, a w przepisach w netku królują małe ilości drożdży. Najczęściej spotykam się z 15-25 g świeżych drożdży na 500 g mąki.
W starych książkach kucharskich można się natknąć na przepisy wykorzystujące 100 g drożdży.
No to skąd ta rozbieżność?
Co się stanie jeśli dodam 100 g drożdży do 500 g mąki? Bułeczki będą ostro zajeżdżać drożdżami i szybciej  się wysuszą? A może będą lepiej spulchnione i na ich widok kucyki Pony pogalopują po błyszczącej się tęczy?
A może producenci drożdży powinni pójść z duchem czasu i wyprodukować małe opakowania? Np. 25 g drożdży świeżych z opisem "Dróżdż w sam raz na jeden kęs". Panie producencie, ja bym takie coś kupiła!

Nie tylko mnie prześladuje opakowanie gigant.
Tutaj można przeczytać wywód Moniazy o problemach z użytkowaniem wielkiej paki świeżych drożdży, które i tak trafiają do zamrażarki na wieczny sen.

W mojej zamrażarce zepsuły się drzwiczki i muszę je zamykać na zapałkę.
Zatem gdzie mam wsadzić zalegające pokłady drożdży, na kilka godzin przed przeterminowaniem?
A no, do focacci zakalacci...

AKTUALIZACJA 18.08.2013: Albo zamiast 100 g drożdży świeżych można kupić malutką paczuszkę drożdży instant! No patrz, ty, patrz, dopiero po pół roku na to wpadłam. To się nazywa geniusz.

AKTUALIZACJA 25.09.2013: Kupiłam saszetkę drożdży instant i chleb za bardzo nie chciał rosnąć. Bardziej ufam świeżym drożdżom, więc znowu kupuję stugramowe kostki. Resztki niezużytych drożdży przeznaczam na maseczkę na włosy.


Focaccia zakalaccia
przepis na podstawie Kwestii Smaku,  Tak sobie pichcę i Przepisów Majki


Ciasto do zakalacci:
• 40 g świeżych drożdży w temperaturze pokojowej (chyba wrzuciłam więcej)
• 300 ml ciepłej wody
• 1/2 łyżeczki cukru
• 500 g mąki pszennej
• 2 łyżeczki soli
• 60 ml oliwy extra vergine + kilka kropel na polanie wierzchu zakalacci

Na zakalaccię ciepnąć:
• czarne oliwki (ile wlezie)
• pomidor (pół pomidora się zmieści)
• cebula pokrojona w grube paski (bo jak paski będą cienkie to się spalą na heban)
• wszystko co ma się pod ręką
• świeże oregano (tymianek lub szczypta suszonych ziół)


Do ciepłej wody dodać pokruszone drożdże, 1 łyżeczkę cukru i 1 łyżkę mąki, wymieszać. Odstawić na około 15 minut do czasu aż drożdże utworzą pianę na powierzchni (jeśli jest zimno to stawiam miseczkę z zaczynem nad kubkiem z gorącą wodą, wtedy drożdże szybciej zaczynają pokazywać oznaki życia:P).
Mąkę przesiać do dużej miski, dodać rozczyn z drożdży, sól i wszystko wymieszać ręką lub drewnianą łyżką. Zacząć wyrabiać ciasto wlewając oliwę. Ciasto wyrabiać przez około 10 - 15 minut (ręką lub mikserem). Odstawić w ciepłe miejsce na około 45 minut do wyrośnięcia (ciasto powinno dwukrotnie powiększyć swoją objętość).
Wyłożyć ciasto na omączony blat, rozpłaszczyć palcami po całej powierzchni na kształt koła o grubości ok. 2 cm. Taki placek ułożyć na blaszce do pieczenia wyłożonej papierem do pieczenia. Można jeszcze ją rozpłaszczyć trochę jeśli lubimy cienkie focaccie zakalaccie. Wcisnąć opuszki palców w ciasto i powsadzać w dziury oliwki. Ułożyć wielkie, okrągłe plastry pomidora i cebulę. Posypać świeżym oregano i odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia na około 45 minut, ale jeśli lubimy cienkie focaccie zakalaccie, to można od razu wsadzić do piekarnika. Przed pieczeniem pokropić zakalaccię oliwą.
Piekarnik nagrzać do 190°C i piec przez około 30 - 35 minut.
W różnych piekarnikach i w różnych blaszkach focaccia inaczej się będzie piekła, warto więc ją obserwować i w odpowiednim momencie sprawdzić. Jeśli pomidory i cebula będą już bardzo zrumienione, focaccię można przykryć kawałkiem folii aluminiowej.
Ciasto ostudzić przed pokrojeniem. Można maczać z oliwie z dodatkiem soli, pieprzu, suszonych ziół. Można podgrzewać na tosterze lub grillu przed podaniem. Po dokładnym ostudzeniu przechowywać w temperaturze pokojowej pod przykryciem.

Detektor zakalcuchów:
Jak wyglądała focaccia zakalaccia podczas powstawania?

Najpierw na nieforemnym placku wylądowały czarne oliwki:


Później pojawiły się pomidory i cebula:


Focaccia wyszła w z pieca i powiedziała "dzień dobry, jestem focaccią zakalaccią":


Cebula pokrojona w "piórka" spaliła się na wiór. Ups.

Ale dlaczego nazywam tę focaccię "zakalaccią"?
Ponieważ zaraz po przekrojeniu, kiedy jeszcze była ciepła, mym oczętom ukazał się zakalcowaty widok:


Skąd wziął się ten mały zakalczyk?
Po pierwsze, drożdże, których użyłam, były na granicy przeterminowania, czyli miały jeszcze 1 dzień ważności a później już kaput.
Po drugie, myślałam, że jak wsadzę pół paczki drożdży, to nie muszę zostawiać focacci na drugie wyrastanie. Może taki trik udałby się z nowymi drożdżami, ale nie z padniętymi.
Po trzecie, kroiłam jak była ciepła, później już nie widziałam jakiś imponujących świadectw zakalcowatości.


Życzę focacciowych zakalczyków!

niedziela, 5 sierpnia 2012

Porażencja miesiąca czyli chlebowe zakalce nacierają




Widmo zakalca znowu się nade mną unosi!
Tak naprawdę nigdy nie opuściło mnie na dobre - miałam ostatnio kilka spektakularnych porażek, ale były związane z ciastami.
Tego bloga założyłam z myślą o chwaleniu się zakalcami.
Niestety spoczęłam na laurach i dokumentowałam tylko sukcesy, przemilczając kulinarne katastrofy.
Już dawno nie przytrafił mi się żaden chlebowy zakalec. To była bezpieczna przystań, w której cumowała rozgrzana blacha z ciastem chlebowym i dzięki wyrośniętym bochnom mogłam lizać rany po nieudanych słodkich gniotach.
Byłam pewna, że nic złego nie może się zdarzyć moim chlebkom, a zakwas żytni pracował jak szalony i wyprodukował wspaniałego Tatterowca bez pomocy grama drożdży!
Niestety zakwas pszenny sprawił mi pewnego psikusa, o czym za chwilę...
Na razie zaprezentuję moje pierwsze chlebowe zakalce:


Pierwszy zakalec chlebowy
Pierwszy chlebowy zakalec zdarzył się bardzo, bardzo dawno temu! No dobrze, może kilka miesięcy temu. 
Był to przepis na chleb mleczny.
Zamiast pięknego, wyrośniętego bochenka wyjęłam z piekarnika podpłomyk. 
Jaki był mój błąd? 
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że chleb musi podwoić swoją objętość. Zapewne miałam młody, słaby zakwas, który nie dał rady podnieść ciasta. Nie miałam też cierpliwości żeby czekać, aż w końcu zakwas postanowi spulchnić ciasto.
Łudziłam się, że jeśli wstawię niewyrośnięty chleb, to w gorącym piecu magicznie wystrzeli w górę! 
Niestety, nic takiego się nie stało:

Podręcznikowy przykład chlebowego zakalca
Najśmieszniejsze było to, że z uporem maniaka piekłam ten placek, chociaż widziałam, że przez 40 minut nie powiększył swojej objętości. Do końca miałam nadzieję, że pod twardą skorupą znajdę chociaż pojedynczy kawałek upieczonego ciasta. To pokazuje jak bardzo byłam niedoświadczona i zdesperowana:P.
Teraz już wiem, że ciasto koniecznie musi podwoić swoją objętość (chociaż przy chlebach z przewagą mąki żytniej nie jest to regułą), bo inaczej wyjmę z piekarnika zakalec.

Rewanż
Kilka miesięcy później, kiedy zakwas nabrał już trochę mocy, ale nadal potrzebował wsparcia drożdży, pokusiłam się o powtórzenie tego chleba.
Za drugim razem trochę lepiej mi wyszedł.

Chleb mleczny, tym razem ładnie wyrośnięty

Piękny, wyrośnięty bochenek. Ufff... Odzyskałam reputację...


Pierwszy zakalec w chlebie drożdżowym
Rzadko piekę chleby na drożdżach, chyba, że są to jakieś szczególne chleby, np. ciabatta. Jest jednak pewien taki chleb, Hätäleipä się nazywa, którego główną zaletą jest to, że robi się go bardzo szybko. Czyli gdy chlebak świeci pustkami, wyciągamy drożdże i mniej więcej po 2 godzinach mamy bochenek na stole. Tak wygląda ten prosty, nieskomplikowany chleb (najlepiej zjeść go od razu, bo na drugi dzień nie jest już tak smaczny):

Chleb  Hätäleipä bez zakalca

Pewnego razu zaszalałam i podwoiłam składniki. Myślałam: "Po co się ograniczać? Mogę mieć dwa razy więcej tego wspaniałego chleba! Dwa razy więcej!!!". Niestety dziad był innego zdania:

Chleb Hätäleipä z podwójnej porcji i z zakalcem

Jeśli dobrze pamiętam, to ten chleb ma dość delikatną strukturę, nie dziwota więc, że jego podwojona masa rozpłaszczyła się na blaszce. W tym przypadku nie opłaciło się modyfikować przepisu. Widocznie receptura była przewidziana na jeden, malutki chlebek i tak ma być. Zakalec ususzyłam i podarowałam ptakom.


Wczorajsza porażka
Wczoraj piekłam ulubiony chleb Dorotus76.
Kilka miesięcy temu piekłam ten chleb dla kogoś i skończyło się to kompletną katastrofą. Piekłam dwa bochenki - jeden bez dodatku drożdży, a drugi z dodatkiem 5g drożdży świeżych. 
Myślałam, że poradzą sobie w 5-8h... ale nie, rosły znacznie dłużej! Musiałam w końcu wstawić je do piekarnika włączonego na 60C. Wyszły strasznie kwaśne, z twardą jak kamień skorupą (wynik długiego wyrastania). Myślałam, że klęska była spowodowana tym, że mój zakwas był jeszcze młodzieniaszkiem.

Wczorajsza próba niestety zakończyła się tak samo.
Ale przecież nic nie zapowiadało tej porażki!
No dobrze, może tylko to, że zakwas pszenny bardzo wolno zaczął bąbelkować i pracował bardzo krótko, tzn. bardzo szybko opadł.
Czyżby się powoli kończył?
Ale przecież dokarmiłam go trzy razy w odstępach 12-godzinnych!
Może błędem było zblenderowanie zaczynu (no co, takie grudy się zrobiły, że nie dałabym rady ich wymieszać):P?
Może wstawiłam chleb do za dużego koszyka i przegapiłam moment, w którym był gotowy do drogi? Mój koszyk jest przeznaczony na ok. kilogramowy chleb, a ten miał ok. 800g.
Nie wiem jaki był mój błąd, może ten chleb nie jest mi pisany.
Czeka mnie porządne odświeżenie pszennego zakwasu i monitorowanie jego poczynań. Może powinnam nastawić nowy, bo ten od początku nie sprawował się należycie?
Pozostała tylko dokumentacja:

Chleb po 6 godzinach wyrastania
Do chleba dodałam standardowo 5g świeżych drożdży, bo pomimo solidnego dokarmienia, zakwasik lenił się jak nigdy. Po 6 godzinach wyrastania chleb nieznacznie powiększył swoją objętość, popękał i nic nie zapowiadało żeby wypełnił cały koszyk. Tzw. próba palca wykazała, że chleb jeszcze nie jest gotowy do pieczenia. Zostawiłam go w spokoju na kilka godzin, ale kiedy nastała późna noc i nie widziałam żadnych spektakularnych zmian, wstawiłam go do zimnego piekarnika i poszłam spać.

Chleb po 16 godzinach wyrastania
Zaraz po przebudzeniu popędziłam sprawdzić jak wygląda mój chleb. Miałam nadzieję, że będzie pięknie wyrośnięty. Ależ byłam naiwna! Kulfon był taki jakim go zostawiłam i jeszcze postanowił się zapaść. Pomyślałam, że nie będę go wyrzucała do śmietnika, tylko upiekę i sprawdzę czy wyjdzie zakalec.


Zakalec to to nie był, w końcu trochę podrósł. Jednak 16h wyrastania w koszyku zrobiło swoje i chleb wyszedł bardzo kwaśny, miąższ był gumowaty i mokry, a skórka szara i twarda jak kamień. Na spodzie chleba odznaczają się piękne kratery. Bochenek jest niski i niewyrośnięty. 
Jaki, och jaki błąd popełniłam?
Wina może leżeć po stronie zakwasu (odświeżyć, odświeżyć i  na końcu jeszcze raz odświeżyć) albo za dużego koszyka rozrostowego albo jeszcze kilku niezidentyfikowanych błędów, które nałożyły się na siebie.
No cóż, z każdego zakalca płynie jakaś nauka:P


Niezjadliwy chleb został zakopany głęboko w ziemi.


Toteż, jak zwykle, życzę pysznych zakalcowatych chlebków!